Demokracja – iluzja czy fakt?

Od jakiegoś czasu uważam, że żyjemy w iluzji demokracji. Do tej pory tak jak większość Polaków myślałam, że Polska stanowi pełnię demokracji, którą nasi przodkowie wywalczyli przelaniem własnej krwi. Myliłam się. Ale pewnie też nie do końca rozumiałam pojęcie demokracji. Człowiek myśli, że jeśli może pójść w dniu wyborów oddać głos na wybranego przez siebie kandydata danej partii, bez jawnej manipulacji z jakiejś strony, to jest demokracja. Jednak w obecnym systemie „demokracji” pośredniej nasza rola kończy się przy urnie. Zakreślamy X przy wybranym przez siebie kandydacie, potem zliczają nasze głosy i wyłania się nowy sejm z odpowiednim podziałem według poparcia obywateli, a przy tym formułuje się większościowy rząd. I na tym nasza rola się kończy.

Nie mamy wyboru, kto zostanie premierem, na jakie stołki trafią poszczególni ministrowie. Gdyby wziąć pod uwagę ilość głosów, które otrzymał poszczególny kandydat, to premierem powinien zostać ten, na którego zagłosowało najwięcej Polaków, ponieważ on według poparcia cieszy się największym zaufaniem. Tymczasem nasza rola kończy się przy urnie, a potem decydują za nas wszystkich posłowie. A do tego wybierają na premiera posła, który cieszy się najmniejszym zaufaniem w Polsce! Więc to nie jest demokracja, tylko system partyjny. Słowo demokracja ma więc za zadanie dać nam tylko jej poczucie, iluzję, posmak. Cudowny cytat z książki dla młodzieży Lucy Mound Mondgomery: „Czy róża pachniałaby tak samo wspaniale, gdyby się nazywała ostem lub kapustą?”. Tak więc jak otumanić Polaków? Należało dać im iluzję, że decydują o kształcie Polski. Nazwać system partyjny demokracją. I zastanawiam, czy to ze mną jest coś nie tak, czy zresztą społeczeństwa, która tego nie dostrzega?

Wielokrotnie przytaczałam w różnych rozmowach Jałtę. To przykład tego jak zostaliśmy zdradzeni, wystawieni na tacy na pożarcie Stalinowi. Niby posiadaliśmy niepodległość, ale byliśmy wcieleni w ZSRR. Myślę z poczuciem odpowiedzialności cywilnej, że Jałta i wcielenie nas w ZSRR, późniejszy okres był równie krzywdzący jak II Wojna Światowa i zastanawiałabym się długo kiedy my tak naprawdę, czy w ogóle, odzyskaliśmy suwerenność. To sprawiło, że każda namiastka decydowania, wrzucenia swojego głosu do urny, dawało poczucie, że jesteśmy krajem demokracji. Ludzie przez lata żyli w biedzie, uciskani, w cenzurze, przy fałszowanych wyborach, pałowani, i długo tak można wymieniać, z ulgą przyjęli nowy system decydowania pośredniego. To też bardzo wygodne. Oddajemy głos i na tym nasza praca się kończy. Kończy się też odpowiedzialność. Możemy sobie ponarzekać, jacy ci politycy są niedobrzy, jacy skorumpowani, nieodpowiedzialni… Taaak.

Jakakolwiek inna forma demokracji oznaczałaby, że musimy wziąć na siebie odpowiedzialność, musimy się zainteresować, rozeznać, za czym głosujemy, obudzić swoje szare komórki, a przecież wygodniej po pracy rzucić się na kanapę, chwycić po pilota od telewizora czy też smartfon i ponarzekać jaki Tusk jest kłamca i zdrajca, a Kaczyński to ten który własnego brata wysłał… Należałoby sobie wypisać zalety i wady każdej demokracji. W tej co istniejemy chyba jedynym plusem jest taki, że możemy umyć dłonie od odpowiedzialności niczym Piłat i sobie ponarzekać jak to Polacy lubią najbardziej. Wady natomiast aż rażą w oczy. Oddajemy stery ludziom, którzy tak naprawdę mają los nas Polaków i Polski… gdzieś. Są jak chorągiewka. Kierują się w tą stronę, w którą w tym momencie mają większy interes. Chcą się utrzymać na stołku. To ich praca. Z tego żyją. Obiecają więc nam gruszki na wietrze, a my będziemy to łykać, bo zawsze musimy chwycić się tego co nam daje iluzję lepszego jutra. Zadawalamy się resztkami. Tym co chcą nam rzucić.

Od lat dajemy się manipulować! Dajemy się skłócać! Dość! W dłoniach polityków nie różnimy się niczym. Ja od lat głosowałam od zawsze za PiS, bo to wydawało mi się mniejszym złem, myślę, że część elektoratu PO czyniła tak samo. Widziałam wady PiS, ale alternatywą była władza w dłoniach Tuska, a to wydawało mi się większą katastrofą. To co teraz dostrzegam wokół nas to totalne zaślepienie. Nienawiść wyborców obecnego rządu jest przerażająca, jakby ktoś wyprał im mózgi. Tylko to wynika z tego, że od lat właśnie jesteśmy manipulowani przez media, które są pod wpływem partii. Nie ma żadnej obiektywnej stacji telewizyjnej, radiowej, czy prasy. Wszędzie się liczy wpływ danej partii. Wadą „demokracji” pośredniej jest to, że posłowie nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. Obecne komisje pokazują, jaka to farsa. Polityk może więc wszystko. My jako zwykli Polacy nie możemy ponieść do odpowiedzialności Donalda Tuska. Kiedy trwała kampania wyborcza do parlamentu, Kołodziejczak w jednym z wywiadów oświadczył, że chcą dać Prezydenta Polski pod Trybunał Stanu. Prowadzący uświadomił mu od razu, że aby faktycznie tak się stało, musiałaby głosować większość sejmu. Nie wystarczyłyby głosy obecnej większości sejmowej. Musieliby mieć jeszcze głosy posłów PiS. Więc tym bardziej w tym momencie jest nierealne dać Donalda Tuska pod Trybunał Stanu choć jawnie działa na niekorzyść Polski.

Wadą jest to, że kadencja sejmu jest dość długa, a każdy polityk po prostu dba o swój własny interes. Do tego dochodzi to, że stały elektorat jest w stanie wybaczyć wiele, nieważne ile złego dany polityk uczyni. W swoich oczach jesteśmy w stanie wybielić każdego, aby tylko wygrała nasza opcja. Może gdybyśmy mogli po drodze mieć wpływ na polityków. Mogli w jednej chwili wyrzucić ich ze stołków, kiedy podejmą złą decyzję. Czy jeśli zwykły pracownik popełni błąd, pracodawca czeka następne cztery lata, aż go zwolni?

Tymczasem demokracja bezpośrednia ma główną zaletę, że to naród decyduje o wszystkim. Przy tym rodzaju demokracji Unia Europejska musiałaby się liczyć z naszą wolą. Myślę, że wiele jej negatywnych decyzji upadłoby przy pierwszych referendach. Tu obywatel ma większą świadomość, ale też wpływ na to co się dzieje z państwem, czy też na własny los. To nie tak jak przy pośredniej, kiedy taki Tusk może zdecydować za nas, że unijne prawo będzie nadrzędne nad prawem polskim. Tusk nie mógłby za nas podpisać paktu imigracyjnego, przyjąć nowych podatków, zamieść pod dywan CPK, bo Niemcy się nie zgadzają na jego powstanie. Morawiecki nie mógłby się zgodzić na żaden pakiet fit for 55, czy iść na jakikolwiek kompromis, aby otrzymać KPO. Bez naszej zgody nie byłoby Zielonego Ładu. Nie przyjęliby KPO w formie wysokoprocentowych pożyczek. My decydowalibyśmy czy chcemy wiatraki, czy chcemy rezygnować z samochodów spalinowych, czy chcemy rezygnować z pieców gazowych. To my bylibyśmy sterem, a politycy okrętem. I przede wszystkim TO MY NARDÓD decydowalibyśmy, czy chcemy utracić SUWERENNOŚĆ, NIEPODLEGŁOŚĆ na rzecz powstania federacji europejskiej. Przy demokracji bezpośredniej łatwiej przyjąć niektóre decyzje, ponieważ jest to głos naprawdę większości obywateli a nie pojedynczych polityków. A przy tym obywatele muszą szukać naprawdę rzetelnych, wiarygodnych informacji, powiększają też swoją wiedzę, bo w końcu muszą wiedzieć, za czym głosują. Przy okazji są zwiększone konsultacje społeczne, aby lepiej zrozumieć wzajemne potrzeby.

Jednak i demokracja bezpośrednia nie ima się od wad. Na pewno jej największą wadą jest to, że decyzje podejmowane przez naród mogą być podejmowane pod wpływem takich czynników: jak manipulacja mediów, polityków, emocji, obecnej mody. Sami wiemy jak to jest z wiarygodnością mediów. Przykład TVP. Nawet ja osoba głosująca za PiS, wiem, że nie była ona obiektywna, a w zarządzie nią liczyły się wpływy partyjne. Kurski jest tego doskonałym przykładem. Wyborcy obecnego rządu cieszą się odzyskaniem TVP. Zapominają, o co sami walczyli, ponieważ teraz TVP to telewizja PO, a przecież już mają TVN, tak więc nie szukając bardziej obiektywnych mediów, czy rzetelnych informacji łatwo dają się zmanipulować. Już jawnym przykładem manipulacji jest sytuacja ze sławnym referendum z 15 października 2023r., kiedy duża część z Polaków dała się przekonać, aby wbrew własnemu interesowi, nie wzięła w nim udziału. W jednym z moich artykułów przytoczyłam filmik puszczany m.in. na YouTube, gdzie przekonywano ludzi, że biorąc w ogóle udział w referendum, to okazuje się osobą uprzedzoną. Zastosowano szereg praktyk manipulacji. Choćby osoba grająca panią z komisji była przedstawiana od razu w negatywnym świetle. Była osobą napastliwą, uprzedzoną, wręcz agitującą swoje poglądy. Wyborca zaś był pokazany jako ten „świadomy”, który sam mówi: „Nie daj się zmanipulować. Weź karty do głosowania, podziękuj referendum”, podczas kiedy sam uczestniczył w propagandzie. Z kolei Tusk uznał siebie jako tego, który może unieważnić referendum. Niestety właśnie to jak łatwo Polacy dają się zmanipulować, sprawia, że jednak miałabym duże wątpliwości co do demokracji bezpośredniej. Polacy dali sobie wmówić, że jeżeli nie są za Unią, to są za Rosją. Myślę, że inne decyzje narodu byłyby tuż po II Wojnie Światowej, a inne są teraz. Wspomniane ZSRR sprawiło, że to Rosjanie jawią się jako nasi odwieczni wrogowie. Zapomniano o roli Niemiec. Nie ma znaczenia jednak czyj jest pantofel niemiecki, czy rosyjski. Każdy służy do nacisku, do gnębienia i wyzysku. To przerażające, że część Polaków świadomie wybiera pantofel niemiecki.

Wadą demokracji bezpośredniej niemniej jest też jej kosztowność. Ilość referendów w ciągu roku byłaby oszałamiająca, a to powodowałoby koszty. Do tego dochodzi też dostępność. Na pewno dla wygody wprowadzono by głosowanie online, a osoby starsze nie mają aż takich umiejętności czy dostępu do elektroniki. Co prawda na pewno już jest pod tym względem lepiej niż przed kilku laty, ale jednak. Jeżeli referenda byłyby przeprowadzane stacjonarnie, to jednak byłoby to kłopotliwe poświęcić temu czas. Trudno by mi było uwierzyć, żeby osoby starsze mogłyby sobie pozwolić na właśnie częstotliwość głosowań przy ich stanie zdrowia. Kończyłoby się na tym, że głosowaliby głównie osoby młodsze. Trzeba by się też zastanowić, czy nie powstały instytucje, które dosłownie by kupowały głosy. Po ostatnich wyborach parlamentarnych nie jest to bezpodstawna obawa.

I właśnie z częstotliwością, brakiem świadomości obywateli, brakiem odpowiedzialności powstałby kolejny problem, a mianowicie właśnie frekwencja. Jeżeli by wynik uzależniło się od frekwencji, wiele ważnych ustaw utkwiłoby w miejscu, ponieważ zagłosowałoby zbyt mało obywateli. Jeżeliby zaś nie uzależniłoby się referendum od frekwencji, to o większości decydowałaby mniejszość. A wiadomo ludzie mają swoje życie, problemy, codzienne obowiązki. Nie mają zwyczajnie czasu, aby się zainteresować, przez co albo by nie uczestniczyli w głosowaniach albo by zagłosowali źle z braku wystarczającej wiedzy o tym, czego dotyczy dane referendum, jakie mogą być konsekwencje przyjęcia danej ustawy bądź nie. Mogłyby też głosy być podyktowane osobistymi odczuciami, np. nie lubię policji, to nie głosuję za podwyżką dla nich pensji itp.

Przeciwnicy demokracji bezpośredniej uważają, że ciężko wymagać, aby zwykli Polacy decydowali o sprawach, na których się nie znają. I mogę przyznać temu trochę racji, tylko czy właśnie dla własnego dobra nie powinniśmy cały czas poszerzać swojej wiedzy? To właśnie ignorantami najłatwiej manipulować. Ignoranci którzy uważają, że wiele wiedzą, ale nawet się nie doinformują. Choć i ja czasem ulegam temu grzechowi. Niestety przyznaję z bólem serca, ale staram się poszerzać wiedzę. Więc powiem inaczej. Może trudno wymagać od zwykłych ludzi wiedzy, ale czy nasi ukochani politycy ją posiadają? Tu powinno coś się zmienić. To okrutne co napiszę, może będzie uznane za dyskryminujące, ale niech tak będzie. Uważam, że kandydaci którzy chcą się dostać do sejmu, powinni mieć wyższe wykształcenie. Jeżeli z politologii to powinno ich z automatu przepuścić dalej. Ci co nie mają ukończonej politologii, powinni mieć egzaminy. Jeżeli ktoś chce się dostać na jakiś ważny stołeczek typu minister rolnictwa, minister obrony narodowej powinien oprócz wyższych studiów z politologii albo mieć też ukończone studia specjalistyczne lub znowu zdać egzamin, aby wykazać się wiedzą. Absolutnie nie powinno być tak jak jest teraz, że niektórzy posłowie nie mają nawet zdanej matury! Że nie mają żadnej wiedzy z politologii! Nie wiedzą dosłownie nic i ośmieszają nasz kraj swoją niewiedzą. Więc jaka jest różnica, jeżeli i tak decydują za nas osoby bez szkół, bez jakieś wiedzy o tym, co robią? Przecież posłowie nie są tylko od naciskania przycisku ZA lub PRZECIW. Oni decydują o naszym być albo nie być. A nie ponoszą żadnej odpowiedzialności.

Należałoby więc poszukać czegoś pośredniego, czegoś co byłoby kompromisem. Coś co zadowoliłoby zwolenników „demokracji” pośredniej i bezpośredniej, a jednocześnie wykluczyłoby niektóre wady obu systemów.

I tu pojawia się demokracja pryncypialna. Tak. Biją fanfary. Podnosi się kurtyna.

Wydaje się ona odpowiedzią na szereg moich nadziei i wątpliwości. Tu panuje czwórpodział władzy: wykonawcza, ustawodawcza, sądownicza oraz KONTROLNA (OBYWATELE). To właśnie obywatele dzięki temu podziałowi, mogą aktywnie uczestniczyć w podejmowaniu przez sejm decyzjach. Obywatele mogą pogrozić palcem politykom, rozwiązać sejm i doprowadzić do nowych wyborów. I to jest dla mnie GENIALNE. Ci co chcą tylko ograniczyć się do zagłosowania przy urnie, byliby zadowoleni, ale też ci którzy chcą aktywnie uczestniczyć. Taki Tusk musiałby się naprawdę liczyć z wszystkimi Polakami. Teraz nie liczy się nawet z własnymi wyborcami, choć tym to nie przeszkadza, bo najważniejsze jest J***Ć PiS.

Obecnie jest tak, że my głosujemy na danych kandydatów partii, ale ci podlegają nie bezpośrednio pod naród, ale pod szefów partii, przez co ich decyzje są mniej jak dla mnie demokratyczne. Obowiązuje tzw. dyscyplina partyjna. Wyjątek się robi jedynie przy projektach ustaw światopoglądowych. Głosowanie inaczej jak chce szef partii jest traktowane jako zdrada, a powtarzanie tego notorycznie mogłoby skutkować wykluczeniem z partii, a każdemu niestety zależy na stołeczku. Mamy więc obecnie samych konformistów, którzy pieją, jak im szef karze. Tymczasem w pryncypialnej demokracji posłowie odpowiadają przed narodem. Czy nie brzmi to dobrze?

Politycy, którzy będą naprawdę pracować, służyć Polsce i Polakom, będą tym samym wykonywać wolę narodu nie budzą aż takiego gniewu, jak jest obecnie. Równocześnie to my obywatele moglibyśmy ich dyscyplinować. Nie tracilibyśmy czasu na jakieś petycje, organizacje protestów. Sami wiemy, jak to wygląda. Petycja nie trafi do każdego. Protesty są organizowane, ale obecna władza może utrudnić ich przebieg, a nawet rozwiązać protest, jeżeli parę osób trochę poniosą emocje, nie wspominając, że trzeba go zgłaszać. Owszem jest coś takiego jak protest spontaniczny, ale wtedy niewiele trzeba, aby trwał tylko pięć minut. Aby protest doszedł do skutku potrzebny jest organizator, ktoś kto weźmie na siebie odpowiedzialność. Sama nie zdawałam sobie sprawy, jakie to skomplikowane wbrew pozorom. A do tego, powiedzmy sobie szczerze, czy protesty rolników coś dały? To już nie są czasy tamtej Solidarności. Politycy stali się bardziej odporni na protesty.

Jednak nie ma nic bardziej mobilizującego dla danego posła, jak to że swoim postępowaniem może stracić poparcie jego wyborców, przez co mógłby być pozbawiony swojego mandatu, a więc pracy, płacy, pozycji, wpływów. I nie musielibyśmy czekać aż czterech lat, aby pokazać swoje niezadowolenie. Tak więc panowie Tusk, Hołownia, Kołodziejczak, również posłowie PiS itd. musieliby zacząć faktycznie działać na rzecz Polski i Polaków. Zastanowiliby się czy warto się kłaniać innemu państwu niż Polska, służyliby naprawdę Polakom a nie np. jakiemuś lobby globalistycznemu, co ma obecnie miejsce. Unia nie miałaby tak łatwo, jak jest teraz. Co prawda nie byłoby aż tak fajnie jak w bezpośredniej, ale tu już liczyłby się nasz głos.

W wyborach nie startowałoby się z List Partyjnych. Każdy mógłby kandydować, a wygrywałby ten, kto zyskał największe poparcie. Obecnie trwają wycieczki wyborcze. Wiemy, jak to wyglądało 15 października 2023r.

Tak jak wspominałam przy powstawaniu ustaw duży wpływ mieliby obywatele, a więc nie mogłoby w sejmie powstać coś, co godzi w nasz interes.

Ponadto obywatele posiadaliby prawo do veta. Teraz tego nie mamy. Głosujemy w urnach, a potem albo chylimy głowy i narzekamy sobie albo wychodzimy na ulice, ale nic to nie daje.

W zależności też od wagi ustawy powstałyby tryby: zwykły, pilny, obywatelski i referendalny.

Przyznam, że temat demokracji pryncypialnej jest naprawdę obszerny. Jak na razie ona do mnie najbardziej przemawia. I jest czymś co mogłoby się udać. Raczej nierealne jest to, aby pozwolono nam zmienić pośrednią na bezpośrednią demokrację, dlatego że w tym przypadku politycy mieliby najmniej do powiedzenia. Jednak demokracja bezpośrednia, co sama początkowo zachwycona muszę przyznać, niesie ze sobą zbyt wiele zagrożenia.

Natomiast pryncypialna jest połączeniem tych dwóch rodzajów demokracji co może prędzej przejść, ponieważ tu politycy są, ale nie mają tak marginalnego znaczenia jak przy bezpośredniej. Politycy dalej rządzą, ale muszą realnie brać pod uwagę zdanie obywateli. Jedynie co mogę się przyczepić, że przy tym rodzaju demokracji obywatele muszą mieć większą świadomość, ponieważ jeżeli dobrze ją zrozumiałam, to wygląda to tak, że ustawa trafia do sejmu, tam trwa debata. Obywatele mogą elektronicznie oddawać na nią głosy. Jeżeli ilość ich głosów nie przekroczy 50%, to stanowi to formę tylko doradczą, czyli po prostu określa jak dla mnie kierunek posłom, czy idą w dobrą stronę. Jednak jeśli frekwencja przekroczy 50%, wtedy decyduje zdanie obywateli. Dlatego, powtórzę, ważna jest tu świadomość i odpowiedzialność obywatelska, co nie jest złe. Musimy wreszcie zrozumieć, że jeżeli coś chcemy, też musimy o to walczyć i się informować. Myśleć samodzielnie a nie ulegać propagandzie.

Każdy z nas wie, że Polska straciła w przeszłości niepodległość. Było ku temu wiele czynników, ale jedno co zapamiętałam z lekcji historii, to że doprowadziło do tego też, że szlachta nie interesowała się Ojczyzną. Liczyły się zabawy, ściąganie podatków, ale żeby zainteresować się własnym krajem, to musieli stracić niepodległość, aby zrozumieć swoje błędy.

Teraz ludzie mają taką świadomość (w części) aby skupić się tylko na politykach. Nie lubimy PiS, to wspieramy PO. Nie lubimy PO, głosujemy na PiS. Większość nie interesuje się tym, co dzieje się w kraju, za granicą, jakie decyzje zapadają w Unii Europejskiej. Może coś tam posłuchają w telewizji, coś tam poczytają na forach, ale żeby zagłębić się w temat, to już niewielu potrafi. Partie i ich szefowie doskonale wiedzą, że najważniejszy jest ten stały elektorat i tylko trochę trzeba powalczyć o tych niezdecydowanych. Prześcigają się więc w napuszczaniu nas na siebie nawzajem. Kampania jest najważniejsza i wtedy… widzimy takich wspaniałych, mężnych patriotów, co jak sami mówią, że martwili się o dobro Ojczyzny już od dziecka, ale wystarczy że miną wybory… i pojawiają się całkiem inni ludzie. Już nie obiecują gruszek na wierzbie, bo piniędzy ni ma i ni będzie. Robią, co chcą, a wręcz tak jak teraz, działają na niekorzyść Polski i nawet się z tym nie kryją.

Naprawdę walczmy o siebie nawzajem. Zjednoczmy się. Żeby to się stało, musimy zrozumieć, że od lat jesteśmy manipulowani przez każdą partię i jej polityków, szefów. Jesteśmy z premedytacją skłócani, a przez to stajemy się ślepi. Nic tak nie zaciemnia osądu i wzroku jak nienawiść. Doprowadzili do tego, że ludzie chcący dobra Polski są uważani za prorosyjscy, a ci co są proniemieccy za patriotów, bo wolą być pod niemieckim pantoflem niż rosyjskim. Ja bym powiedziała, że pod żadnym nie będzie nam dobrze i co oznacza, że ktoś sobie wybierze pod czym pantoflem będzie lepiej? Sprawili, że żołnierze na granicy nie mogą się bronić, a do tego są obrażani. Kiedy zaczynają się kłótnie, tematy zastępcze, chaos nie służy to dobru państwa. Możemy jeszcze wszystko zmienić, ale musimy popatrzeć szczerze w lustro. Wina nie jest tylko po jednej stronie. Wszyscy daliśmy i dajemy się zmanipulować. Zmiana systemu demokracji pośredniej na pryncypialną, dałaby realne narzędzie obywatelom do decydowania o Polsce.

Trzeba zrozumieć, że tyle mamy wolności, ile nam dano. Komuna dziwnie łatwo „odeszła”, dziwnie łatwo „zrezygnowała” ze steru. Ja jednak uważam, że wcześniej trzymano Polaków na krótkiej smyczy, a po prostu przy tej sławnej zmianie przy okrągłym stole po prostu poluzowano nam smycz. To są ci sami ludzie. Komuna nie odeszła, tylko zmieniła niektóre twarze, inne przypudrowała, a jeszcze inni na chwilę znikli, aby wrócić. Tak naprawdę nigdy nie było prawdziwej demokracji, a wstępując do Unii Europejskiej jeszcze sobie ją ograniczyliśmy, jak teraz widać, a będzie jeszcze gorzej. Teraz możemy jeszcze to zmienić, w przyszłości znów Polacy będą oddawać swoją krew, ale czy naprawdę warto, kiedy dziś żołnierze są obrażani za obronę polskiej granicy? Tusk w 2015r. zarządził ostrzał górników, tymczasem nasi żołnierze mogą się bronić tylko gazem łzawiącym.

Zastanówmy się. Miejmy wpływ na to, co się dzieje w Polsce. Podejmijmy tą odpowiedzialność. Nikt za nas tego nie zrobi. Bo jeżeli to co robi dziś Tusk i jego świta może być nazywane dobrem Polski, to albo zwariowałam już całkowicie albo duża część Polaków po prostu straciła instynkt samozachowawczy.

Jeżeli ktoś byłby zainteresowany zgłębieniem tematu demokracji pryncypialnej, zapraszam do źródła jakie znalazłam na Internecie:

https://demokracjapryncypialna.org/demokracja_pryncypialna.pdf

Udostępnij ten post
Oceń tekst:
20
8 komentarzy
  1. Jedna tylko uwaga – KPO to pożyczka (i to tylko w pewnej części), ale na korzystnym oprocentowaniu (2%). Mimo wszystko to tylko pożyczka, którą musimy spłacić, a nie możemy wydać na co chcemy, to jest jej wada. Kolejna wada, to że ta pożyczka jest zaciągnięta jako cała Unia, a więc się wikłamy w struktury po raz pierwszy chyba w tak dużym stopniu (wyjście z czegoś, na co jest pożyczka, może być trudne).
    Odnośnie samego pomysłu, czy każda ustawa miałaby być głosowana?
    Myślę, że sam proces głosowań mógłby być dość sprawny, przez jedną z platform typu epuap. Emeryci mogliby głosować w wielu punktach obsługi, jakie dziś mają np. urzędy miasta, albo z pomocą wnuczków.
    Mimo wszystko myślę, że to nie rozwiązałoby wielu problemów. Na pewno wojna medialna by się podkręciła, bo wtedy np. TVN wiedziałby, że trzeba wzmocnić propagandę, by ludzie głosowali nie wg swojej wiedzy, ale na podstawie podkręconych emocji tak, jak chce góra, czyli w interesie wąskich grup. Może powstałoby więcej TVN-ów, wojna medialna mogłaby się tylko zaostrzyć.
    Oczywiście politycy poczuliby oddech obywateli na plecach, to fakt. Wiele zgubnych decyzji by nie przeszło. Obawiam się, ze dalej trwałyby starania, by pewne rzeczy przeprowadzać tylnymi drzwiami. Jak np. głosować nad Zielonym Ładem, skoro decyzja zapadła w UE, i to chyba nawet drogą wielu drobnych ustaw?
    Dobrze, by powstały jakieś ośrodki informacji publicznej, które byłyby obiektywne (np. formowane wspólnie przez wszystkie partie), których celem byłby suchy przekaz tego, co dzieje się w sejmie. I pewnie transmisja na żywo w Sejmu i publikacje wszelkich dokumentów z komentarzem.
    Jeszcze jedna rzecz – piszesz, że nie ma obiektywnych mediów. Mimo wszystko myślę, że z jednej strony istnieją mocno obiektywne (ale niestety niszowe), jak Infopiguła, DLR czy nawet Kanał Zero.
    Ale też mamy możliwość sięgać do różnych źródeł. Mnie odpychają te propagandowe (TVP dawniej i teraz, TVN, nawet Republika). Ale chętnie zaglądam do mediów z różnych środowisk, np. choć nie głosuję na Konfederację, ale oglądam Mentzen grilluje. Tylko ile osób sięga do różnich źródeł, a ilu nie chce się tego robić i nigdy nie wyjdzie ze swojej bańki? na pewno wiele osób niezależnie od sytuacji politycznej i form demokracji, dalej będzie czerpać wiedzę tylko z TVN-u i źródeł, gdzie mają pewność, że będzie panować stara oderwana ale betonująca ich postawę narracja.

    • Żaden system nie jest idealny. Każdy ma swoje plusy i minusy. Zdaję sobie sprawę, że jest mrzonką chęć zmiany systemu. Ja też nie mam aż takiej wiedzy. Do tej pory głosowałam i się nawet nie zastanawiałam, co jak, dlaczego. Teraz przez to co się dzieje, otworzyłam szerzej oczy. I nikt mi nie powie, że powinno zostać, tak jak jest. Wielu narzeka, ale chce tkwić przy tym co jest teraz. Politycy się nie zmienią, jeśli nie będą mieć bata narodu nad sobą. Właśnie przy zmianie systemu na pryncypialną dałoby nam broń w ręce. To co jest teraz jak dla mnie jest słabe i daje zbyt dużą władzę politykom, graniczącą z bezkarnością. Do tej pory byłam za bezpośrednią, ale tak jak stwierdziłam powyżej, niesie ona zbyt duże zagrożenie. Poza tym ludzie narzekają na polityków, ale są przyzwyczajenie do tej jedynej formy. Mnie osobiście chodzi tylko o to, żeby politycy nie byli bezkarni, nie mogli robić co chcą. Nad nimi powinniśmy mieć kontrolę, móc ich dyscyplinować, wtedy naprawdę by się zastanowili czy warto wprowadzać negatywne zmiany podyktowane jakąś siłą nacisku typu Unia czy też lobby. TVN nie oglądam od dawna, więc mnie ominęła ich propaganda. TVP jakoś tak samo, teraz tym bardziej. Republikę bardziej oglądałam po przejęciu mediów, ale teraz jakoś sporadycznie włączę. Faktycznie Republika nie jest do końca obiektywna. Fajnie że wytyka błędy Unii, czy pokaże to co niewygodne dla obecnej władzy, ale faktycznie nie ma obiektywizmu wobec PiS. Choć np. w USA to dali sobie spokój z walką o obiektywizm telewizji. Z góry wiedzą, że ta jest republikańska, ta demokratyczna, a ta np. liberalna. Po prostu stracili złudzenia. Tak naprawdę nie ma gotowej recepty, za PiS, TVP była PiS, teraz PO, czyli cały czas są partyjne. Konfederacja podobno chciała jej prywatyzacji i przez chwilę dałam się zwieźć temu. Zrozumiałam jednak, że w tym wypadku, miałby władzę ten kto kupił TVP i też nie byłoby to obiektywne. Telewizja powinna być społeczna, dla wszystkich, tylko że tu się pojawia zgryz, to jak przeciąganie liny. I faktycznie zmiana systemu nie zmieni tego, że ludzie nie będą szukać różnych źródeł informacji. Jednak ta trzecia opcja dałaby nam kontrolę. Równocześnie by się nie odchodziło za daleko od tego co jest teraz. Przecież nie łudźmy się. Ktoś powie, że przecież przy wyborach następnych nie będzie się na nich głosować. Ilu będzie konsekwentnych i zagłosuje na kogoś innego? Dadzą się przekonać, że no może coś tam zrobili źle, może im nie wyszło, ale ważne żeby PiS nie było, czy na odwrót ważne żeby PO nie było. To że jesteśmy skłóceni, to naprawdę im na rękę.

  2. Bardzo nie podoba mi się to co dzieje się obecnie w Polsce, a przede wszystkim to jak naszym krajem zarządza rząd Tuska. Ale ponieważ jestem zwolennikiem demokracji, a konkretnie demokracji pośredniej oraz poszanowania prawa, to uważam, że naród rozlicza złe rządy podczas kolejnych wyborów. Oczywiście obecny ustrój polityczny w Polsce wymaga reform, ale nie jestem zwolennikiem demokracji bezpośredniej bo politykę nie powinni robić ignoranci, ludzie niekompetentni, ludzie, którymi łatwo sterować, a trudno rozliczyć. Polityką powinni zajmować się tylko ci, którzy tej dziedzinie się poświęcają. Nie ma doskonałych systemów, bo w społeczeństwa są zbyt różnorodne, ale demokracja jest systemem dzięki któremu rządzą ci, którzy do tych rządów zostali w procesie demokratycznego glosowania wybrani. W Polsce głosujemy na partie, czyli odpowiedzialność za rządzenie powierzamy wygranej partii lub większościowej koalicji kilku partii (tak jest po ostatnich wyborach).

    • nie zgodzę się z Tobą, władza oderwana od społeczeństwa przeprowadza zmiany zwykle bardziej demoralizujące, społeczeństwo jako ogół jest raczej bardziej konserwatywne i etyczne. I tak władza bez kontroli społecznej łatwiej przeprowadza zmiany, na które społeczeństwo jako całość by się nie zgodziło, bo np. realizuje postulaty wąskich ale hałaśliwych grup – jak LGBT, które stanowi margines, czy liberalizujące prawo aborcyjne, czy naprawdę tak kompetentne jest to, co robią profesjonaliści z obecnej koalicji, np. zawieszając projekt CPK, za którym jest 80% społeczeństwa?

      • Wyborca obserwuje władzę, jeśli się z jej decyzjami nie zgadza, to przy kolejnych wyborach wybierze inną opcję, jeśli został oszukany niezrealizowanymi obietnicami to już im nie zaufa. A jeżeli tego nie zrobi to obawiałbym się takim ludziom powierzać odpowiedzialność za to co się dzieje w Polsce. Gdy był w Polsce Strajk Kobiet z powodu słusznego orzeczenia TK w sprawie aborcji to gdyby naród mógł wówczas odwołać rząd to by do tego doszło. Opinia publiczną, nastrojami społecznymi łatwo sterują media, a jak wiadomo one są w większości w obcych rękach. Uważam, że przy możliwości odwoływania rządu w dowolnym czasie to nie naród miałby kontrolę nad rządem tylko media. Dziś media też ją mają, ale jako informator społeczeństwa o tym co robi rząd, bardziej opiniotwórczą niż realną. myślę, że większym dziś zagrożeniem dla Polski jest realna władza sądów, ponieważ to sądownictwo nie jest kontrolowane przez społeczeństwo. Złych polityków przy wyborach wyborca może odrzucić a sędziego nawet prezydent odwołać nie może, oni mają władzę dozgonną. Sądownictwo to czwarta władza, a jaką kontrolę nad tą władzą maja obywatele? – Niestety jej nie mają.

        • wyborcy na pewno nie mieliby możliwości odwoływania rządu, bo w ten sposób rząd byłby bardzo niestabilny, rzadko kiedy a większość 50%, więc przeciwnicy choćby po to, by dokuczyć przeciwnej stronie, mogliby to robić w kółko. Ale jeśli chodzi np. o opinię np. ważnych ustaw, czemu nie? protest przeciw decyzji TK też jest absurdem, bo TK po prostu stwierdza stan prawny.

          • Myślę, że musiałyby być spełnione określone jakieś zasady, aby odwołać kogoś. Ogólnie aż się tak nie zagłębiłam jeszcze w temat. Też miałabym obawy, czy ktoś sobie dla żartu, z zawiści by kogoś nie podawał do dymisji. Na pewno musiałyby być jakieś ograniczenia, aby to nie było bezzasadne. Bo faktycznie byłoby tak, że zwolennicy obecnego rządu, cały czas by atakowały tych prawicowych, a my liberałów i lewicowych.

    • A nie byłoby lepiej, gdyby naród mógł mieć kontrolę, był tą czwartą siłą? Dalej są politycy, ale naród mógłby ich dyscyplinować podczas kadencji, a nawet rozwiązać sejm i zarządzić nowe wybory. Za demokracją bezpośrednią do niedawna się opowiadałam, ale jak zaczęłam pisać ten artykuł, zrozumiałam, ile przy niej jest zagrożenia, ale też że ma wiele wad. Dlatego jak znalazłam tą trzecią opcję, poczułam, że to jest to. To jest kompromis, połączenie dwóch rodzajów demokracji. Ludzie, którzy chcą tylko uczestniczyć przy wyborach, ograniczają się do tego, ale jak coś się dzieje w sejmie co jest złe np. odejście od CPK, mogą interweniować. Teraz możemy sobie ponarzekać, ulżyć sobie, pisząc komentarze lub pomachać transparentem na protestach, jednak nic z tego nie ma. Wiem, że to nierealne jest, aby zmienił się system. Jednak tak jak jest teraz to idealny system dla polityków nie dla nas.

Zostaw komentarz