Pokój w bloku na Starym Mieście spowijał półmrok poranka. Za oknem widać było pomarańczowe niebo i wieżę kościoła św. Magdaleny. Tomek nie spał już. Stał ubrany, gotowy do wyjścia. Kubek po kawie odstawił na suszarkę. Spojrzał ostatni raz na kartkę, leżącą na stole, kartka przykryta była stosem dziesięciu stuzłotówek. Pomyślał, że trochę niezręcznie, ale decyzję podjął w nocy.
„Dziękuję za wynajem. Wszystkiego dobrego. Tomasz Jastrzębski”
Zarzucił plecak na plecy, w ręce chwycił dwa ciemne worki wypchane ciuchami i drobiazgami i wyszedł na korytarz. Przekręcił zamek paździerzowych drzwi i klucz opuścił na podłogę i wsunął butem pod wycieraczkę.
Zanim zszedł z trzeciego piętra na parter, zdążył napisać smsa do właściciela lokum ws. rezygnacji z najmu. Wyszedł na ulicę, miasto budziło się ze snu.
Tomek zamachnął się i wrzucił oba worki do kontenera.
Pomyślał: Ile to niepotrzebnych klamotów człowiek potrafi zgromadzić w niecałe 2 miesiące.
Tak naprawdę nie był do końca przekonany do tego gestu. Ale przecież nie mógł tego targać ze sobą.
Poprawił bagaż na plecach i skierował się w stronę dworca PKS, z którego odjeżdżał darmowy bus na wylotówkę.
– – –
140 na liczniku. Cichy szum wnętrza samochodu wpędził Michała w błogi stan graniczący z zaśnięciem.
– Co by tu… – szepnął pod nosem, przerzucając pliki na telefonie. – Jest.
Kliknął w katalog z napisem Koyannisqatsi, a z głośników zaczął płynąć rytmiczny utwór. Na cyfrowym wyświetlaczu wyświetliła się 7:00 rano. 5 godzin jazdy z Piły. Jeszcze 5, jakoś dociągnie. To go obudzi. I na pewno jeszcze kawa na stacji.
Bielany Wrocławskie. Na horyzoncie z lewej strony majaczy Sky Tower, od niedawna punkt rozpoznawczy Wrocławia. Spuścił z gazu, widząc z daleka sznurek wlewających się z wiaduktu na autostradę samochodów. A po chwili dopiero majaczącą na poboczu postać z plecakiem.
„O to to” – pomyślał, szukając ciągle, co mogłoby go jeszcze wybić ze znużenia.
Michał zatrzymał się na poboczu 100 metrów za autostopowiczem i chwilę obserwował w bocznym lusterku zbliżającą się w biegu postać z plecakiem. Ściszył radio tak, że rytm utworu był ledwo słyszalnym tłem. Tomek uchylił drzwi:
– Cześć. Można?
– Jasne, wsiadaj. Dokąd?
– Do Biecza.
– O stary. Ty to masz szczęście. Zawiozę cię na miejsce.
– Poważnie? O matko.
Michał wyciągnął dłoń do Tomka i przedstawił się:
– Kopeć.
Następnie docisnął gazu i już pędzili lewym pasem autostrady, wyprzedzając sznur ciężarówek.
– Jastrzębski – odparł Tomek, zachowując konwencję.
Michał spojrzał na niego z lekkim niedowierzaniem.
– Twoje nazwisko…. Dość głośne ostatnio.
– To znaczy?
– Sprawa tego odkrycia archeologicznego w Izraelu.
Tomek uśmiechnął się pod nosem.
– Słuchaj, dobrze trafiłeś. Ta sprawa w Izraelu to mój brat, Paweł. Więc trafiłeś z tym nazwiskiem, naprawdę – roześmiał się Tomek.
– Poważnie???
– Tak.
– Matko. Naprawdę mocna akcja.
– Piękna sprawa. Grobowiec Izajasza, naprawdę. Ale słuchaj, to nie jest temat archeologiczny. Oni pojechali tam zwiedzić Palestynę. Brat jest informatykiem.
Jechali chwilę w milczeniu.
– Jak to było dokładnie – spytał Michał.
– Proste. Brat wybrał się z przyjacielem do Izraela. To taki Romek, jego znajomy. Chcieli zrobić trasę z Tel Awiwu to Jerozolimy, z plecakami. Trochę klucząc, oglądając miejsca Starego Testamentu. W nocy rozbili obóz gdzieś poza szlakiem, u stóp góry. Rano, o wschodzie słońca, wzięła ich fantazja, by wspiąć się na wzniesienie. Dalej chyba znasz.
– Media były dość lakoniczne. Dlaczego grobowca nie odkrył nikt wcześniej? W końcu minęło 2 i pół tysiąca lat.
– Proste. Grobowiec to dość mały otwór wydrążony w skałach. Dalej komora. Ten otwór był zastawiony głazem. Nawet gdyby ktoś mieszkał na tej skale, nie miałby pojęcia, że wewnątrz jest grobowiec. Ale traf chciał, że deszcze podmyły skałę i pewnie parę dni, może parę tygodni zanim mój brat wspinał się po tej górze, skała się obsunęła, odsłaniając wąską szczelinę. Paweł zobaczył szparę, tam w środku było ciemno. Ale miał w plecaku czołówkę i zaczął sobie świecić do środka. Udało mu się przecisnąć. Zaraz zadzwonili do polskiego konsulatu, a tamci znaleźli misję archeologiczną.
– Zaraz, ale co było w środku?
– Słuchaj. Chłop był zabalsamowany, jak mumia egipska.
– Poważnie? Prorok żydowski i mumia?
– Mojżesz też był zabalsamowany po śmierci. Całe życie w Egipcie. Mocno czerpali z tamtych zwyczajów. Zresztą, Izraelici byli w stanie wojny z Egiptem, właśnie wtedy Egipt najechał na Judę, dlatego ciało proroka pochowali w ukryciu. On był wtedy ważną postacią, nie chcieli, by agresor w razie zdobycia Jerozolimy, sprofanował relikwie.
– Dobrze, mumia, i co jeszcze?
– Wszystko było pokryte grubą skorupą kurzu. Mumia leżała z lewej strony od wejścia, na podwyższeniu. W dłoni rulonik zwoju. I inne zwoje wokół legowiska.
– Skąd wiedział, że to Izajasz?
– Nie wiedział. Chłopie, widzę, że słabo słuchałeś wiadomości – roześmiał się Tomek. – On już był dawno w Polsce, gdy dowiedział się, kim on był.
– Co za historia. Słuchaj, to lepsze, niż kawa. Tak więc twój brat odkrył w Izraelu grobowiec Izajasza. A wokół jego kości rękopisy księgi i brudnopis.
– Zgadza się – potwierdził Tomek.
– I nic sobie nie wziął? – spytał głupio Michał.
– No nie. Jeszcze by co zepsuł. Lepiej, by kto mądrzejszy się tym zaopiekował.
Cóż, temat był znany dość dobrze, media od kilku miesięcy wspominały o sprawie. Oczywiście, jedni interesowali się tematem bardziej, drugi mniej, a inni w ogóle.
– – –
Rozmowa przywołała historię i Tomek myślał dłuższą chwilę tylko o tym. Szczególnie o słowach, które potwierdziły tożsamość zmarłego. Zwój w dłoni proroka rozsypał się zupełnie. Niestety nie udało się odczytać nic, prócz fragmentu zdania „Oto dziewica poczęła i rodzi Syna i nazwie Go Bóg z nami”. Znalezione w grocie zwoje zawierały jednak kompletny rękopis Księgi Izajasza (do 39 księgi). Oryginalny pierwszy rękopis, miejscami poprawiony, uzupełniony, z komentarzami na marginesie. Ci, którzy go pochowali, może uczniowie, musieli wykonać kopię tekstu, bo znaleziony rękopis był z pewnością pierwszą redakcją. Świadczą o tym poprawki, uzupełnienia.
– – –
– Jak to było? Mene…? – przerwał ciszę kierowca. – Mane?
– Mane, tekel, fares – wyjaśnił Tomek. – Ten napis ze ściany groty odczytali dopiero badacze. Mój brat tego nie zauważył, zresztą był ledwo widoczny pod warstwą kurzu.
– Pomyśleć tylko, że farba przetrwała dwa i pół tysiąca lat.
– Napis był wyryty.
– No tak – Michał palnął się w głowę. – Mocne hasło.
– Dokładnie – westchnął Tomek. – Ale Izajasz mógł spać spokojnie. Bóg go osądził, ale na pewno inaczej, niż później Baltazara.
Michał pokiwał głową.
– W ogóle, co za pomysł – rzucił nagle. – Ten Izrael, raczej bezpieczny nie jest. A oni akurat tam zrobili sobie wyjazd.
– Na pewno w Bieszczadach dużo spokojniej – roześmiał się Tomek. – Zwłaszcza Żydzi, są bardzo ostrożni pod kątem szpiegów. Gdyby ich złapał jaki patrol, dostaliby niezły mandat.
– To znaczy, nie można tam chodzić?
– Można, ale nie wszędzie. Zresztą, ostatecznie uszło im to na sucho. W końcu odkryli grobowiec proroka.
– – –
Mijali właśnie zjazd na Zabrze. Rozmowa ześlizgnęła się na inne tematy. Coś o polityce i pandemii.
– – –
– A ten brudnopis? – spytał Michał.
– Ten zwój? Rozsypał się – wyjaśnił Tomek.
– Szkoda. Dobrze byłoby wiedzieć, co notował Izajasz.
Tomek pokiwał głową. Po dłuższej chwili dodał:
– Wiemy, to, co mieliśmy wiedzieć.