Wyobraźmy sobie, że w danej miejscowości mieszka 1000 mieszkańców, których zapotrzebowanie na codzienny chleb wynosi 1000 bochenków. W związku z powyższym, aby zaspokoić takie zapotrzebowanie, które w ekonomii określamy popytem, na rynku powinno się pojawić 1000 wypieczonych bochenków chleba gotowych do sprzedaży. Taką gotowość do sprzedaży na rynku nazywamy podażą.
Co się jednak stanie, gdy pojawi się w tym mieście nowa piekarnia, która będzie wypiekała kolejne 500 bochenków chleba, mimo, że zapotrzebowanie na chleb (popyt) wynosił jedynie 1000 sztuk? Wówczas mamy do czynienia z sytuacją, gdzie nastąpiła przewaga podaży na rynku o 500 sztuk chleba, a w ekonomii takie zjawisko określa się pojęciem nadwyżki podaży.
W takiej sytuacji teoria mówi, że przy nadwyżce podaży z uwagi, że chleba na rynku jest więcej, to powinien zadziałać mechanizm konkurencji i nastąpić spadek ceny chleba, ponieważ stare piekarnie zmuszone zostały konkurować cenowo z nową piekarnią i dlatego, aby nie zmarnować nadwyżki chleba powinny obniżać ceny, aby ludzie kupowali chleb ze starych piekarni, a nie nowej. Oczywiście można również nadwyżkę próbować eksportować do innych miejscowości, ale pamiętajmy, że tam też są dobrze funkcjonujące piekarnie.
I wszystko byłoby teoretycznie proste i łatwo przewidywalne, gdyby nie fakt, że istnieje jeszcze coś takiego jak smak chleba. I teraz jeśli smak tego chleba będzie inny, być może ciekawszy, to mieszkańcy mimo, że np. nowa piekarnia spowodowała nadwyżkę chleba na rynku i zarazem nie obniżyła swojej ceny, a wręcz ją podwyższyła, to większość znudzona smakiem starego chleba i tak będzie skłonna zapłacić nieco wyższą cenę za nowy chleb. Oczywiście pod warunkiem, że będzie ich na to stać. O tym kolejnym czynniku wpływającym na kształtowanie się ceny na rynku, czyli zasobności naszych portfeli będzie niżej.Oczywiście na całe szczęście w społeczeństwie nie wszyscy mają takie same wyczucie smaku i część osób nie będzie widziała smakowej różnicy w tych chlebach i dlatego będzie wolała zapłacić mniej za stary chleb, który będzie zachęcał do kupowania właśnie poprzez zastosowanie niższej konkurencyjnej ceny. W ten sposób dana miejscowość podzieli się na smakoszy i na tych, co nie potrzebują nowych smaków i wolą płacić mniej.
Kiedy zachodzi równowaga cenowa?
I chociaż na powyższym bardzo prostym przykładzie wydaje się, że to już koniec tej ekonomicznej opowieści, to wyobraźcie sobie, że to dopiero początek. Sytuacja jak to w życiu się radykalnie zmienia i niespełna po roku czasu, osoby jedzące chleb z nowej piekarni zauważyły, że zaczęły tyć, bo ten nowy chleb może i fajnie smakuje, ale jest dużo bardziej kaloryczny (jak się później okazało) i tym samym nie do końca zdrowy.
I tutaj wszelkie przewidywania ekonomicznych profesorów klękają przed sytuacjami nie do przewidzenia, ponieważ ludzie postanowili nagle wrócić do starego chleba. I jak myślcie, czy w związku z tym jego cena zmalała? Nie, wprost przeciwnie, jego cena gwałtownie wzrosła o kilkanaście procent, ponieważ mieszkańcy miejscowości przekonali się, że tylko stary chleb jest dobry i zdrowy. Zatem stare piekarnie postanowiły odbić sobie pierwotnie utracone zyski, gdy musiały konkurować cenowo z nową piekarnią.
I mimo, że koszy produkcji chleba starej piekarni znacząco nie wzrosły, to jego cena o 20% wzrosła tylko dlatego, że została wywindowana przez konkurencję i wzniosła ją na poziom, który większość konsumentów zaakceptowała kupując droższy chleb. Takie wywindowanie ceny jest właśnie sygnałem dla sprzedawców o nastrojach i możliwościach zakupowych konsumentów.
Na czym polega manipulacja cenowa?
Podobnie stało się ostatnio z cenami cukru, którego poprzez to, że na chwilę zabrakło w sklepach, wówczas sztucznie zawyżono jego ceny, bo wykorzystano efekt zakupowej paniki. Czyli zadziałał tutaj podstawowy ekonomiczny mechanizm: gdy zmniejszy się podaż cukru jest to bez znaczenia, czy sztucznie, czy naturalnie, cena również powinna wzrosnąć. A gdy podaż cukru wróciła do pierwotnego poziomu, to czy jego ceny analogicznie spadły do wcześniejszego poziomu? Nie, bo w drugą stronę tak to już nie działa. Szczególnie dlatego, że producenci i sprzedawcy naszym kosztem przeprowadzili sobie ankietą sprzedażową polegającą na tym, że zweryfikowali za ile Polacy są w stanie taki cukier kupować. Z przebiegu tej weryfikacji wyszło, że możemy kupować cukier nawet za 8 zł. Taka informacja na rynku to czyste złoto i silny sygnał dla sprzedawców, że poprzednia cena była jednak zbyt niska, bo konsumenci są skłonni płacić więcej. W takiej sytuacji tylko zdrowa konkurencja jest ten niebezpieczny trend windowania ceny w stanie zatrzymać.
Czy jako konsumenci możemy się przed takimi sytuacjami bronić?
Tak, zwyczajnie nie należy brać udziału w takiej zakupowej „ankiecie” i o ile to oczywiście możliwe i wstrzymać się z zakupem. Niestety to też jest tylko teoria, bo bardzo mało ludzi potrafi tego typu presję wytrzymać i sprzedawcy doskonale o tym wiedzą, że nawet jeśli 40% racjonalnych osób wstrzyma się z zakupem, to pozostałe 60% spanikowanych zupełnie wystarczy, aby ocenić, czy przy wyższej cenie i tak dojdzie do transakcji. Co zatem może odmienić powyższą sytuację? Tak jak już wspominałem, tylko kolejna nowa piekarnia, która będzie wypiekać nowy chleb.
Czy ceny wówczas powrócą do pierwotnych poziomów?
Wątpliwe, aczkolwiek prawdopodobnie przestaną dalej rosnąć. Ważnym czynnikiem w tym wypadku jest to, czy w danej miejscowości będzie występować większość smakoszów skłonnych płacić więcej za nowy chleb, czy jednak będzie więcej ludzi liczących każdy grosz i nowa piekarnia będzie zmuszona konkurować nie tylko smakiem i jakością, ale również niższą ceną.
O cenie optymalnej
Tutaj też dochodzą kolejne czynniki, jak klasyfikacja dóbr pierwszej potrzeby, takich jak dobra spożywcze, czy segmentacji dóbr i usług bez których możemy się obejść. No i ważny jest też stosunek ich ceny do wartości średnich wynagrodzeń. Wiadomym jest, że jeśli chleb kosztuje 4 zł, a wcześniej przed pojawieniem się piekarni z kalorycznym chlebem kosztował 3 zł, to nowy smak chleba z kolejnej nowej piekarni warty np. o kolejne 1 zł więcej, będzie dla wielu nadal kuszącą ofertą. Aczkolwiek tutaj znów pojawia się kolejny czynnik niepewności, ponieważ ludzie pamiętają czym skończył się taki nowy wspaniały smak i już nie będą tak szybko skłonni zarzucić swoich przyzwyczajeń i zakupowych tradycji. Dlatego nawet gdyby na rynku pojawił się nowy gracz, który piekłby wyrafinowany chleb, którego cena wynosiłaby 10 zł, a w miejscowości mieszkańcy zarabialiby średnio 3000 zł miesięcznie, to wpływ takiego nowego gracza na rynku na zmianę ceny byłby marginalny. Oczywiście taki wyrafinowany piekarz mógłby znaleźć amatorów na swoje wypieki, jednakże stanowiliby oni zaledwie kilka procent całej społeczności.
I teraz najlepsze jest to, że tutaj wartość wzrostu cen będzie bardzo przekłamana, bo o ile pierwotny wzrost cen chleba był o 20%, to ekskluzywny piekarz, znajdując kilka procent amatorów w danej miejscowości na swój ekskluzywny chleb wie doskonale, że może cenę swojego chleba dla nich podnieść nawet o 100%. Może to zrobić, bo to są konsumenci elitarni i bogaci, dla których cena 20 zł za bochenek nie robi większego wrażenia. I teraz pytanie, jaki będzie poziom inflacji cen chleba?
Co ciekawe, taka czasami abstrakcyjna cena była w niektórych nadmorskich restauracjach i jak się okazało, Polacy spragnieni wakacji byli w stanie zapłacić prawie każdą cenę za ten rarytas.
Dlatego inflacja liczona na podstawie transakcji zakupowych przeprowadzonych po pierwszym sezonie wakacyjnym bez maseczek, będzie bardzo mocno zniekształcona. Doświadczyłem tego osobiście będąc w październiku w teoretycznie najdroższym Sopocie na zakończeniu sezonu żeglarskiego. Okazało się, że Sopot po sezonie już nie jest taki drogi.
Zatem uśredniona wartość inflacji nie zawsze jest autentycznym i realnym wskaźnikiem wzrostu cen, szczególnie jeśli składa się z cen tego samego dobra sprzedawanego w różnych segmentach majętności konsumentów, czy różnych lokalizacjach, czy różnej jakości danego produktu.
Dlatego w tym wypadku jestem radykalny i tak jak przestano informować nagminie o ilości covidowych zakażeń, tak byłbym za tym, aby przestano informować jaką mamy co miesiąc inflację, ponieważ ta informacja może powodować nakręcanie się niebezpiecznego trendu inflacji.
Główne czynniki inflacyjne
Zanim wytłumaczę o jaki trend tutaj chodzi, chciałbym przypomnieć, że jest ogrom czynników wpływających na wzrosty cen, a są nimi np. wielokrotnie wyższe ceny energii, które bezpośrednio wpływają na cenę wytworzenia produktu lub usługi. Niepokoje społeczne (wojna) i poprzez to, umiarkowanie w wydawaniu gotówki, brak konkurencji, która zwinęła biznesy w czasach pandemii. Utracone zyski w czasach pandemii i próba ich odbudowania poprzez obecnie często sztucznie zawyżaną cenę. (Spekulacja cenowa) Okresowa, wakacyjna moda na korzystanie z pewnych usług turystyczno-gastronomicznych szczególnie dlatego, że przez pandemię nie były tak łatwo dostępne. Tych czynników jest oczywiście jeszcze dużo więcej, które mają pośrednie lub bezpośrednie przełożenie na zachowania konsumenckie.
Najgorszym jednak dla mnie czynnikiem jest ten, który sami determinujemy. Chodzi tutaj o trend, który powoduje, że inflacja galopująca, czyli taka powyżej 10 % zaczyna nakręcać sama siebie i dlatego zaczyna galopować. Dokładniej chodzi o to, że wielu sprzedawców, producentów oprócz podnoszenia cen wywołanych realnymi wzrostami kosztów produkcji, niestety często sztucznie podnosi swoje ceny korzystając z inflacyjnej fali na której chcą jak najdłużej serfować i tym samym zmaksymalizować zyski. W ten sposób każda publiczna informacja, że inflacja w Polsce jest np. na poziomie 16% jest jak darmowa ankieta handlowa, która pokazuje, że trend podnoszenia się cen nadal się nie zakończył, zatem skoro inni podnoszą, to przecież ja też mogę.
I to jest właśnie ten najbardziej niebezpieczny inflacyjny czynnik, bo jest odpowiedzialny za niekończącą się pętlę z której bardzo ciężko jest wyjść, bo przecież żaden z przedsiębiorców czujących pęd inflacyjnej fali pod stopami, nie zamierza z niej schodzić jako pierwszy. Zejdzie dopiero wówczas, jeśli przymusi go do tego zejścia konkurencja lub brak transakcji sprzedażowych. A skoro konkurencji brak, a my jesteśmy skłonni zaakceptować każdą cenę, to hulaj biznesowa dusza…
I wiecie jaki jest tego największy paradoks?
Nie każda strategia zadziała w każdym czasie
Że chłodzenie gospodarki poprzez podwyższanie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej, które ma teoretycznie zniechęcić do brania kredytów i spowolnić (schłodzić) rozwój gospodarczy, a tym samym zatrzymać inflację, jest w takiej sytuacji kolejną teorią, która na obecną chwilę nie zadziała. Nie zadziała, ponieważ nie ułatwia nowym biznesom wejścia na rynek.
Tak jak wcześniej wspominałem w przypadku nowej piekarni, to właśnie zwiększona konkurencja jest w stanie zatrzymać wzrosty cen poprzez zainicjowanie konkurencyjnej walki cenowej. Ale przecież taka walka cenowa nie jest możliwa, gdy na rynku brakuje nowych graczy, lub mają zaporowe kredytowe warunki wejścia na rynkowe pole gry.
Tak samo jak w szachach, nie można stosować tej samej strategii, gdy przeciwnik zmieni położenie króla przez roszadę. Tak samo obecnie, gdy nastąpiło radykalne zmniejszenie konkurencji poprzez pandemię (tysiące firm zwiesiło działalność) i nastąpiły nienaturalne, kilkukrotne wzrosty cen energii, które zwiększyły koszty produkcji i koszty transportu, to przy takiej ekonomicznej „roszadzie”, strategia walki z inflacją poprzez podwyższanie stóp procentowych zupełnie nie zadziała.
Aczkolwiek jest nadzieja w tym, że po tym jak większość firm dostała strzał w postaci wyższych kosztów energii, o czym ostrzegałem na łamach moich innych artykułów, to faktycznie ceny energii nie będą przecież rosły w nieskończoność. Zatem po ustabilizowaniu się kosztów produkcyjnych, kluczem do znalezienia nowej równowagi cenowej, bądź oscylacji wokół jej optimum niezbędna jest konkurencja.
A przecież z logicznego punktu widzenia, nie da się konkurować, czy zwiększać jakości produktu lub usługi bez udzielania kredytów na korzystnym oprocentowaniu.
Na szczęście Rada Polityki Pieniężnej chyba zauważyła w porę ten problem i mimo, że inflacja w Europie i na świecie nadal rośnie, to Rada powstrzymała dalsze podnoszenie stóp procentowych widząc, że przyjęta strategia nie przynosi wymiernych rezultatów. Wg mnie bardzo trafna decyzja i dziwię się wszystkim, którzy tą decyzję krytykują.
Czy programy socjalne wpływają, czy może bardziej wywołują inflację?
Podsumowując łatwo zauważyć, że inflacja wynika z wielu czynników i tym bardziej założenie, że powodują ją tylko programy społeczne takie jak 500+ nie są jej główną determinantą. Przypominam, że takie programy w dużo wyższym wymiarze podobnie funkcjonują w prawie każdym kraju zachodniej Europy. Owszem, gdy założymy, że mieszkańcy wspomnianej miejscowości zarabiając po 3000 zł i otrzymają nagle dodatkowe 500 zł, to ich wynagrodzenia zwiększą się o około 16,5% zatem teoretycznie rynek, aby wyssać te pieniądze z ich portfeli powinien zareagować i podwyższyć swoje ceny o 16,5%. Ale tak to w praktyce nie działa, ponieważ istniała konkurencja.
I jak pokazuje praktyka chociaż programy społeczne w Europie trwają od wielu lat lat, to tamtejsza inflacja nie przekraczała przed pandemią 1,5%.
W Polsce owszem wprowadzenie takich programów 7 lat temu nakręciło konsumpcyjny popyt i wywołało inflację, ale pełzającą na poziomie 4-5%, a nie 10%, czy 16%.
Powyższe udowadnia, że programy społeczne nie są główną determinantą obecnej inflacji i tak samo błędnym założeniem jest uznanie, że rosnące płace determinowane przez podnoszenie przez rząd płacy minimalnej takową determinantą są. Oczywiście, że są to czynniki inflacyjne, ale te czynniki nie są determinantami.
To trochę tak, jak z tym eksluzywnym chlebem za 10 zł. Przecież każda cena ma swój optymalny i maksymalny poziom, po przekroczeniu którego, realizacja kolejnych transakcji sprzedażowych nie będzie możliwa. Owszem ceny dóbr wytwarzanych lokalnie mogą zawsze rosnąć, jeśli nie będą miały wystarczająco mocnej konkurencji, jednakże ceny towarów importowanych wyrównają się do jednego wspólnego poziomu wewnątrzwspólnotowej konkurencji. Zatem podwyższanie płacy minimalnej chociaż jest to oczywiście jeden z czynników inflacyjnych, do poziomu płacy minimalnej np. Niemca, będzie owszem ciągnąć ceny towarów dostępnych na rynku wewnątrzwspólnotowym, ale tylko do momentu, gdy osiągną poziomy cen panujących np. w Niemczech lub Czechach. Czyli do momentu, gdy zbliżymy się wynagrodzeniami i cenami do poziomów, które obecne są u naszych najbliższych sąsiadów.
To działa na bardzo prostej zasadzie, jeśli telewizor w Polsce będzie droższy niż w Niemczech, to bardziej będzie się opłacało zamówić ten model przez Internet i zamówić sobie transport. Zatem nie jest możliwe, aby ceny w Polsce rosły, gdy np. Inflacja w Europie będzie spadać.
Powyższe dowodzi, że inflacja w Polsce jest obecnie zależna od inflacji w Europie. Dowodem jest również fakt, że w czasach zaraz po pandemii, gdy nasza bazowa inflacja ze względu na duże odbicie PKB po pandemii sięgnęła 8%, to gdy dodamy do niej inflację europejską, która wzrosła o 8%, to w ten sposób otrzymamy obecną inflację jaka panuje w Polsce, czyli 16%. Zatem chociaż wydawać by się mogło, że podnoszenie ceny minimalnej determinuje kolejny wzrost inflacji, to jednak jest to wzrost tymczasowy, który tempa inflacji europejskiej + naszej inflacji bazowej poprzez otwarty rynek dóbr i usług nie powinien przekroczyć, a dzięki temu może znacząco zniwelować odczuwalność inflacji poprzez większe wynagrodzenia.
Inflacja a wzrost wynagrodzeń
Ktoś powie, że to zabije przedsiębiorców.
Nie zgadzam się z tym, bo jeśli już, to zmusi do podwyższenia cen swoich usług, jeśli realne koszty produkcji rzeczywiście wzrosną. Tutaj jednak należy pamiętać o konkurencyjności. Jeśli bowiem okaże się, że ceny danych usług były już wcześniej mocno zawyżone, to dany przedsiębiorca trzy razy się zastanowi, czy podwyższyć te ceny i dać się wyprzedzić konkurencji, czy lepiej jednak obniżyć swoją marżę, aby wypłacić pracownikom większe wynagrodzenia. Ponadto płaca minimalna jest czynnikiem wpływającym na wzrost innych płac.
Ktoś mówi, że teraz mamy inflacyjny podatek w wysokości 16%. To również nie do końca prawda, bo w sierpniu średnie płace w sektorze przedsiębiorstw urosły o 12,7 %, a sierpniowa inflacja wyniosła 16,1 %, zatem jeśli zmniejszyły się poprzez inflację nasze realne dochody, to jedynie o 3,4 %. Oczywiście to są dane globalne i nie każdego dotyczą. Zapewne istnieją osoby, które nie miały od wielu lat podwyżki, dlatego teraz najbardziej odczuwają skutki inflacji.
Z tego tytułu uważam, że tym bardziej podnoszenie minimalnej krajowej przez rząd PIS zwłaszcza teraz jest konieczne, aby zmuszać przedsiębiorców do podwyższania wynagrodzeń.
Podsumowując uważam, że inflacja byłaby dużo groźniejsza gdyby w obecnym czasie nie następowały wzrosty wynagrodzeń, jak również ze względu na pewien niebezpieczny inflacyjny trend (fali trendu na której serfują przedsiębiorcy).
Z tego względu jestem zdania, że powinno się zaprzestać informowania publicznego (co miesiąc) jaki jest aktualny poziom inflacji i ograniczyć się tylko do informacji np. półrocznej.
A jeśli już, to podawać wyliczenia, to tylko precyzyjne, aby nie uśredniać do całości, bo to może znacząco wypaczać obraz i podtrzymywać wrażenie, że cały czas trwa inflacyjny trend i warto dalej podnosić ceny.
Jerzy-Porwol
Z tego co dało się ostatnio zauważyć, to aktualna spekulacja cenami wygląda tak, że bez ekonomicznego uzasadnienia podnosi się przesadnie (nawet o 200-500%) cenę na jakiś produkt, zaskakując klientów. Następnie „wspaniałomyślnie” obniża się cenę tego produktu i klienci „cieszą się”, że już płaca „tylko 100-200%
więcej.
Andrzej-Domin-Bizjak
Dzięki za wyczerpujące uzasadnienie 🙂
Przemysław
Rząd także swoimi działaniami może pogłębić inflację lub ją redukować tak sano ceny im wyzszy wat tym producent potem da wyższą cenę bo tak samo za surowiec do wyrobu produktu musi płacić vat , wyższa cena paliwa wyższe koszty transportu wyższa cena prodyktu i tak dalej
Jan
Podoba mi się Twój tekst, zawierający wiele ciekawych spostrzeżeń, zależności kształtujących poziom cen, rzutujących na wielkość inflacji. Warto sobie wiele z nich zapamiętać, jak choćby to, że analizując uciążliwość inflacji powinniśmy uwzględniać wzrost płac. Bo jeśli przy inflacji 16% moja płaca wzrosła także o 16% to realnie nie odczuję wzrostu cen, bo kupię to samo co wcześniej. I dlatego także jeśli PiS obiecał coroczny wzrost płacy minimalnej to ten wzrost powinien przekraczać poziom inflacji. I z tego co wiem tak się dzieje.
ps. Inflacja galopująca jest wówczas, gdy jest dwucyfrowa, czyli powyżej 10%.
Radosław Kordowski
Dzięki Jan 🙂