Człowiek, który brał udział w działaniach Armii Krajowej w rejonie Lwowa. Jerzy Węgierski (ur. 1915) m.in. dowodził jednostką 2 plutonu (szwadronu) oddziału leśnego 14. pułku ułanów AK. W swoim opracowaniu o działaniach AK w Ziemi Lwowskiej opisuje m.in. fakt, że AK szkoliła samoobronę polską przeciw Banderowcom z UPA.
W swojej książce, napisanej już po wojnie, pisze:
Stykały się tu ze sobą w tragicznych okolicznościach – jak i przez kilkaset poprzedzających lat – cztery narodowości: Polacy, Rusini-Ukraińcy, Żydzi i Niemcy. Przez przedstawioną tu historię lat okupacyjnych przewijają się bardzo różni przedstawiciele tych narodowości: od okrutnie mordujących bezbronna ludność polską szowinistów ukraińskich po jednostki ukraińskie narażające, a nawet tracące życie dla ratowania sąsiadów Polaków; od wysługujących się Niemcom policjantów żydowskich i Żydów biernie oczekujących śmierci z rąk niemieckich po Żydów walczących dzielnie w obronie własnej i rodzin polskich; od Niemców-morderców, którym jednak czasem drży ręka, przez Niemców, którzy pomoc polskiej ludności traktowali jako interes handlowy, do oficera Niemca (a może Austriaka?) z szacunkiem odnoszącego się do wroga – oficera AK i z pomocy AK korzystających. A Polacy? Jak wszędzie wówczas w Polsce: nader rzadko zdrajcy, czasem obojętni, ale przede wszystkim – zwłaszcza na wsi – uważający za swój obowiązek i zaszczyt służbę w szeregach AK. I ten patriotyczny ogół stanął tu w pierwszych miesiącach 1944 r. wobec faktu rozpoczętej, a raczej wznowionej po wrześniu 1939 i lipcu 1941 r. przez Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) planowej eksterminacji ludności polskiej na południowo-wschodnich kresach państwa. Dziś dopiero zrozumieliśmy i musimy z ubolewaniem stwierdzić, że daliśmy się wtedy również zniewolić uczuciu nienawiści i żądzę ślepego odwetu uważaliśmy za rzecz naturalną. Przed 140 laty powiedział Leon Rzewuski: „Nic okropniejszego, jak dwie narodowości w walce z sobą zostające; tutaj giną zasady ludzkości i sprawiedliwości, a rozpoczyna się ślepa walka bez celu i rezultatu […]” Pewnym pocieszeniem dla nas może być tylko to, że okrucieństwo w odwecie ze strony polskiej zdarzało się wyjątkowo i było z reguły samowolnym działaniem jednostek, przed którym wzdragał się młody żołnierz AK. Przytoczę tu jedno wydarzenie, które miało miejsce w lipcu 1944 r. Na południowy zachód od Lwowa została zaskoczona i w okrutny sposób zmasakrowana kurierka idąca do oddziału leśnego; wzywali przez nią na pomoc żołnierze AK dobiegli za późno – już nie żyła. Zobaczyli jednak jeszcze i ostrzelali sprawców mordu uciekających do sąsiedniej wsi ukraińskiej; poszli tam, by szukać morderców i dokonać odwetu. I pisze uczestnik tej kacji, strz. Tadeusz Tarnawski „Gil”: „W każdym z domów – poza przerażeniem – nie natknęliśmy się na jakieś ślady, które dałyby pretekst do zastosowania represji. Ludzie byli potulni, przerażeni, nie wykazywali odruchów wrogości […] żadnych represji nie dokonaliśmy. Widok przerażonych ludzi długo mnie jednak prześladował. Doszedłem do wniosku, że do takich akcji się nie nadaję.” Tak myślało bardzo wielu żołnierzy AK.
Jerzy Węgierski, W lwowskiej Armii Krajowej, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1989, s. 9-10.