Decyzja mocarstw Ententy, przyznająca Wileńszczyznę kowieńskiej Litwie była dla Polski nie do przyjęcia i przedstawiciele niemal wszystkich partii politycznych byli zgodni co do tego, że zarówno miasto jak i cały region powinny należeć do Polski. Należący do konserwatystów krakowski „Czas” pisał wtedy: „Ogółem więc Litwa środkowa na terytorium około 38 000 klm. kw. Liczy 1 240 000 ludności, z czego na Polaków przypada 810 000, na Litwinów 115 000, na Białorusinów 120 000 i na innych (żydów) 190 000. Polacy stanowią zatem przeszło 66 proc., a z Białorusinami 76 proc., wobec 9 proc. Litwinów i 15 proc. Żydów. Jest to kraj równie polski, jak Poznańskie. […] Czyż można przyłączyć do państwa kowieńskiego, w którem mieszka 23 Litwinów, albo powiat oszmiański, gdzie na 180 000 ludzi jest literalnie tylko 54 Litwinów? Nawet w Wilnie jest ich zaledwie 2000 na 128 000 ludności”. Józef Piłsudski nie mógł jednak otwarcie wystąpić w tej sprawie. Niosło to bowiem ryzyko dyplomatycznej konfrontacji z wrogą nam Anglią, a w przypadku wmieszania się do tego konfliktu Niemców – mogło doprowadzić do wybuchu nowej wojny.
Przypomnijmy – Litwa kowieńska zajęła Wileńszczyznę na mocy litewsko – bolszewickiej konwencji z 6 sierpnia 1920 roku. Region ten był nagrodą za otwarte, militarne wsparcie bolszewików przez Kowno. Niestety, usankcjonował to wyjątkowo nieprzemyślanym postępowaniem Władysław Grabski – przewodniczący polskiej delegacji na konferencję w Spa. Zadeklarował on tam szereg ustępstw – w tym również oddanie Wilna pod władzę Litwy kowieńskiej – w zamian za mglistą deklarację udzielenia Polsce wsparcia materiałowego w wojnie z bolszewikami. Decyzje Grabskiego zostały gremialnie odrzucone w kraju, a on sam musiał po powrocie podać się do dymisji razem z całym rządem. Słowa jednak padły, a podpisy zostały złożone. Polska nie mogła oficjalnie wysłać wojska i wyzwolić Wilno spod kowieńskiej okupacji. Nie znaczy to jednak, że Józef Piłsudski pogodził się z utratą tak drogiego sobie miasta – wręcz przeciwnie. Postanowił zadziałać nieoficjalnie, aranżując tzw. „bunt Żeligowskiego”. Nazwa tej operacji pochodzi od nazwiska generała Lucjana Żeligowskiego – dowódcy 1 Dywizji Litewsko – Białoruskiej, która była główną siłą tego „buntu”. 1 pażdziernika generał spotkał się z Józefem Piłsudskim, który w trakcie rozmowy otwarcie zasugerował, że należy wywołać w Wilnie powstanie miejscowej, polskiej ludności, co miało przekonać zachodnie mocarstwa do zmiany decyzji. Następnego dnia plan operacji był już gotów. 6 października Żeligowski przedstawił go oficerom swojego sztabu. Część z nich odmówiła udziału w tej akcji. Niektórzy zgodzili się, ale byli mocno zdeprymowani czy nawet wręcz przerażeni możliwymi konsenwencjami marszu na Wilno. Żołnierzy nikt nie wtajemniczał w niuanse planu. Pewne rozterki miał też sam generał, zgłaszając nawet chęć ustąpienia, ale ostatecznie porzucił wątpliwości i wydał odpowiednie rozkazy. Dywizja Żeligowskiego wraz z oddziałem ochotników majora Kościałkowskiego wyruszyła w kiernku Wilna o 6 rano 8 października. Mieli do pokonania dystans ok. 50 kilometrów. Nieliczne oddziały kowieńskiego wojska stawiały tylko słaby, sporadyczny opór. Trzeba tutaj podkreślić, że generał Żeligowski stanowczo zakazał swoim żołnierzom brutalnego postępowania z Litwinami. Doszło nawet do tego, że kilkunastu litewskich jeńców Polacy wypuścili razem z bronią.
9 października nad ranem Litwini mieli w Wilnie tylko 2 bataliony piechoty, co nie dawało im żadnej nadziei na zatrzymanie polskich oddziałów. Zdecydowali się więc na ewakuację. Zgodnie z zaleceniem rządu kowieńskiego litewski pełnomocnik Ignacy Jonynas przekazał władzę nad miastem szefowi francuskiej misji wojskowej pułkownikowi Constantinowi Reboul. Miało to zatrzymać Polaków, bowiem od tej pory wejście naszego wojska do Wilna byłoby oficjalnym wystąpieniem przeciwko ustaleniom państw Ententy. Francuski goniec wysłany do generała Żeligowskiego przekazał żądanie natychmiastowego zatrzymania polskiej akcji. Generał zdecydowanie odmówił i rozpoczął atak. Co było później? Przeczytacie o tym w następnym odcinku.
Podpis: generał Lucjan Żeligowski