Kiedy pod koniec 1918 roku Polska rozpoczynała walkę o swoje granice sprawa Wilna wydawała się prosta i oczywista – z pewnością nie inaczej wyobrażał to sobie również Józef Piłsudski. Region już od dawna był kulturowo polski. Dane statystyczne z dwóch pierwszych dekad XX wieku pokazują dobitnie, że Polacy stanowili większość w Wilnie, jak również zdecydowanie dominowali w całym, szerokim pasie od Augustowa i Suwałk, przez Grodno, Lidę, Wilno, aż do Brasławia. Wyrażną przewagę żywiołu polskiego widać było też we wschodniej części kowieńszczyzny z samym miastem włącznie. Zwarte osadnictwo polskie ciągnęło się tam praktycznie aż po Szawle. Żyjący na Litwie Polacy uważali się za Litwinów i mieli do tego pełne, historyczne prawo. Byli zarówno potomkami etnicznych, bałtyjskich Litwinów oraz Rusinów, Polaków z Królestwa Polskiego a także kilku innych nacji, które władcy litewscy przez wieki osiedlali w swoim państwie. W 1918 roku nie byli najeżdżcami, ale prawowitymi gospodarzami swojej ziemi. Mimo tego znalazła się grupa, która chciała im odebrać prawo do samostanowienia, a także ich ziemię i historyczną pamięć. Tym agresorem była „narodowość nowolitewska”. Powstała ona na skutek celowej polityki rosyjskiego zaborcy po Powstaniu Styczniowym. Carska administracja potrzebowała wtedy przeciwwagi dla dominującego na Litwie żywiołu polskiego i znalazła go w Bałtach, żyjących jeszcze w swojej pierwotnej kulturze na północno – zachodnich skrawkach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Rosyjscy urzędnicy nadali tej grupie szeroką autonomię kulturową, własne szkolnictwo oraz swobodę działalności gospodarczej i edytorskiej – czyli to wszystko, co jednocześnie bezwzględnie odbierali Polakom. Starali się jednocześnie, aby powstająca w ten sposób tożsamość „nowych Litwinów” była ekstremalnie antypolska. Działania te niestety przyniosły znakomite skutki. Promowana w ten sposób grupa szybko urosła w siłę, a spajający ją nacjonalizm był zdecydowanie wrogi polskim aspiracjom niepodległościowym i pragnieniu litewskich Polaków ponownego połączenia z Rzeczpospolitą. Nowi Litwini uzurpowali sobie wyłączne prawo do dziedzictwa Wielkiego Księstwa Litewskiego, a dominujący na wileńszczyżnie i suwalszczyżnie polski żywioł uznali za „okupanta”, któremu trzeba było siłą „odebrać litewskie ziemie z ich stolicą”. Były to żądania absurdalne, w swojej istocie głęboko … antylitewskie i co gorsza negujące elementarne prawo do samostanowienia narodów. Kiedy w 1918 roku upadła carska Rosja Nowolitwini zdołali przejąć władzę w zachodniej części dawnej Litwy etnicznej oraz zająć i uczynić swoją stolicą Kowno … w którym prawie połowa mieszkańców wciąż uważała się za Polaków. Niestety, nowolitewski nacjonalizm szybko znalazł sobie kolejnych, potężnych protektorów. Niemcy od początku wspierali państwo kowieńskie, widząc w nim doskonałe narzędzie do osłabienia odradzającej się Polski. Z tych samych powodów w trakcie konferencji pokojowej w Wersalu po stronie Kowna stanęła również Anglia. Dało to katastrofalne skutki w czasie wojny z bolszewikami w 1920 roku. Nowa Litwa porozumiała się z bolszewicką Rosją i przejęła od niej Wilno. Zaślepienie antypolskim nacjonalizmem było w Kownie tak skrajne, że poszli na otwartą współpracę z siłą będącą śmiertelnym zagrożeniem zarówno dla Polski, kowieńskiej Litwy jak i całej „starej” Europy. Niestety, „Zachód” uznał tą agresję, oficjalnie sankcjonując jest skutki. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że kiedy w 1920 roku wojska kowieńskie rozpoczynały okupację Wilna, w samym mieście do tożsamości nowolitewskiej przyznawało się około … półtora procenta mieszkańców (!). W regionie było ich mniej niż jedna czwarta (!). Żądania terytorialne Kowna były więc absurdem całkowicie ignorującym realne granice etniczne i kulturowe. Niestety, machinacje „wielkiej polityki” sprawiły, że polski region, jakim bez wątpienia była wileńszczyzna, został oficjalnie przyznany Litwie kownieńskiej. Polska wykrwawiona po ciężkiej wojnie nie mogła otwarcie upomnieć się o Wilno i ryzykować interwencji niemiecko – angielskiej. Nie znaczy to jednak, że poddaliśmy się w tej sprawie. Józef Piłsudski nie zamierzał oddać obcym ukochanego Wilna i chyba nie było wówczas w Polsce nikogo, kto zgodziłby się na coś takiego. Naczelnik uważał się za Litwina, ale też za Polaka tam samo jak np. Wielkopolanin, Mazowszanin czy Pomorzanin. Litewskość była dla niego „wersją” polskości – w jego pojęciu najlepszą – i tak samo myślała zdecydowana większość obywateli centralnej części Litwy. Skoro nie mógł oficjalnie walczyć o polską Litwę, postanowił posłużyć się podstępem i „polityką faktów dokonanych” – zaaranżował „bunt Żeligowskiego”. Przeczytacie o nim w następnym odcinku.
Podpis: Wilno – modlitwa przed kaplicą Ostrobramską (ok. 1906 r.).